|
|
|
|
LEKTURA
|
|
WYSZUKIWARKA
KSIĄŻEK
|
PORÓWNYWARKA
|
|
Gospodarka światowa na
krawędzi kryzysu
2007-11-09 08:00
„Hydra inflacji wychodzi z ukrycia lub wzrosty cen atakują
nasze portfele” – tego rodzaju hasła już
wkrótce mogą zagościć na dobre na łamach prasy. Podwyższona
prognoza inflacji resortu finansów spowodowała konsternację
na rynku. Czy jest to już może wstęp do realizacji scenariusza
amerykańskiego?
Pamięć rynków jest ulotna, szczególnie o tym, co
złe, a to złe zaczyna być coraz bardziej realne. Cykl koniunkturalny
jest nieubłagany i wykonuje swoją pracę po cichu, a inflacja przecież
to nasz „dobry” znajomy i pierwszy sygnał
kłopotów. Już wkrótce na fali coraz bardziej
skomplikowanej sytuacji na rynkach światowych możemy doświadczyć
próby kryzysu. Do łask być może wkrótce
wróci pamięć o cyklicznym rozwoju gospodarek i o tym, że po
ożywieniu przychodzi czas na ochłodzenie relacji gospodarczych lub
nawet może kryzys. W euforii wzrostu gospodarki światowej, a ściślej
państw bogatych, przez ostatnie pół dekady zapomniano o
gospodarczym memento. Nie chcemy przypominać sobie trudnych
lat 2001-2002, gdy staliśmy się ofiarami zbytniego optymizmu i boomu
internetowego. Dziś mówi się o końcu boomu hipotecznego i
wieści się kolejny, tym razem być może jeszcze większy kryzys.
Przewartościowanie nieruchomości i powszechne wzrosty cen mają swoje
źródło w nadmiernej kreacji pieniądza pożyczkowego.
Potencjał nowoczesnych gospodarek opiera się na kredytach. Sęk w tym,
że chyba już zbyt mocno. Historia lubi się powtarzać, ale na pewne
rzeczy jednak zmienia się optyka. W dobie rynków globalnych
okazuje się, że w łatwy sposób popaść w ułudę
nieograniczonych możliwości i zapomina się o tym, że gospodarka nie
jest jednak grą o sumie niezerowej. Nie istnieje więc, ani
zysk bez ryzyka, a jeśli ktoś realizuje ponadprzeciętne zyski, to ktoś
jednocześnie ponosi straty. Takiego zdrowego rozsądku widocznie
zabrakło, można to jednak skwitować stwierdzeniem „ale to już
było”. Problem w tym, jak teraz minimalizować
straty.
Czytaj poniżej
Ekonomii globalnej w ostatnim czasie uczy nas kryzys na rynku subprime
mortgages w Stanach Zjednoczonych. Dalekie echa kryzysu nie są jednak w
naszym kraju brane zbyt do serca, analitycy uspokajają, że nas to nie
dotyczy. W szerszej perspektywie optymizm nie jest aż tak uzasadniony.
O ile rynki amerykańskie można powiedzieć są na rozdrożu i już działają
na nich pewne mechanizmy stabilizujące (Amerykanie z podobnego kryzysu
w latach 80-tych ubiegłego wieku, mimo wszystko wyszli obronną ręką,
chociaż ich pozycja w świecie od tamtego czasu uległa jednak
osłabieniu), to stan polskiej gospodarki jest w dużo większym stopniu
narażony na zmiany koniunktury światowej. To ryzyko jest tym większe im
dłużej pozostajemy poza strefą Euro, im jeszcze relatywnie słabo nasza
gospodarka jest zintegrowana z Unią. W chwili obecnej cieszymy się, co
prawda z rosnących transferów, inwestycji za pieniądze
unijne, ale paradoksalnie środki te ulegają systematycznemu
pomniejszaniu poprzez konieczność przeliczania na złotego,
który staję się coraz droższy. Im większa aprecjacja
złotego, tym mniejsza liczba projektów będzie mogła liczyć
na zakończenie w planowanym terminie. Co gorsze, w trakcie budowy
dróg, autostrad, czy stadionów może okazać się,
że środków zabraknie w połowie budowy, oczywiście, jeśli
wcześniej zostaną rozpoczęte. Wizja mistrzostw piłkarskich w 2012 roku
już nie jest tak sugestywna, jak przed półroczem. W końcu
trzeba wziąć się do pracy, a słomianego zapału już nie wystarcza.
Pokora w ostatnim czasie nie była w modzie i parcie na zyski odebrały
zdrowy rozsądek nawet największym graczom. Problemy europejskich
banków inwestycyjnych, czy miliardowe straty takich
tuzów jak Merrill Lynch czy Citigroup są ceną płaconą za
problemy amerykańskich kredytobiorców – najgorsze,
że tak naprawdę nikt nie wie jaka jest wartość strat lub co bardziej
prawdopodobne, zarządy nie mówią całej prawdy chcąc ratować
wiarygodność. Co ciekawe jednak zagrożenie dla samej gospodarki
amerykańskiej wydaje się być niedoceniane przez samych
zainteresowanych, czyli inwestorów. Pojawiają się, co prawda
głosy, jak Georga Sorosa, który wieszczy koniec ery życia na
kredyt. Upadek ma wstrząsnąć całą gospodarką światową. Pomijając, że
Soros nie do końca wydaje się być tutaj obiektywny, trudno
odmówić mu (nie tylko mu) racji. Z jedną drobną uwagą.
Zamieszanie w gospodarce amerykańskiej już przyniosło oczyszczające
efekty. Poprzez spadek zaangażowania rządu amerykańskiego we wspieranie
branży budowlanej. Kolejny sygnał uzdrowienia sytuacji, to rosnące
oszczędności amerykańskich obywateli. Paradoksalnie, bo poprzez kryzys
na rynku nieruchomości teoretycznie stali się przecież biedniejsi, ale
jednocześnie są bardziej zapobiegliwi, zaczęli zwracać uwagę na swoje
wydatki. A przecież niedopasowanie aspiracji inwestycyjnych i
konsumpcyjnych z możliwościami finansowymi było uważane za przyczynę
wszystkich kłopotów. Rynek można powiedzieć sam reguluje tę
sprawę, ale warto zauważyć, że jest to możliwe tylko dzięki jego
instytucjom. Jest to lekcja dla Polski, gdzie poniechano w pewnym
zakresie reform strukturalnych. Zatrzymanie prywatyzacji, przepychanki
wokół nadzoru finansowego, pozorna reforma
finansów publicznych i podatków, próby
ręcznego sterowania gospodarką, itp., być może dziś nie są tak
dolegliwe. W perspektywie jednak gorszej koniunktury czynniki te mogą
powodować dodatkowe koszty, będą piachem w trybach mechanizmu
rynkowego, gdy straci on swój impet. Ewentualny kryzys
odczujemy po prostu bardziej dotkliwie. Perspektywa ta nie jest wcale
taka odległa.
Statystyczne wzrosty cen żywności oraz paliw pokazują, że być może
wkrótce czeka nas szok podażowy. Korzystamy ze zmian
strukturalnych zainicjowanych poprzednim kryzysem, a że kiedyś będzie
następny, to jest pewne, bo jest potrzebny, aby dokonać katharsis w
gospodarce. Z niekompetentnych firm, projektów nie mających
osadzenia w realiach. Dotkliwość kryzysu dla nas będzie tym mniejsza,
im lepiej będziemy do niego przygotowani. Im bardziej będziemy
przygotowani i zapobiegliwi. Oszczędność i umiar jest cnotą,
dopóki nas jednak na to jeszcze stać róbmy to.
Życie na koszt przyszłych pokoleń może się, bowiem zemścić
koniecznością zaciskania pasa na „koniec dnia”,
kiedy systemy emerytalne okażą się niewydolne. Dla polskich
kredytobiorców efekt rosnących oczekiwań inflacyjnych może
być pierwszą poważną próbą. Kredyty udzielane na 30, 40, a
może i nawet 50 lat trzeba będzie kiedyś spłacić i dla części
kredytobiorców na pewno okaże się to zadanie ponad siły.
Pytanie jednak jak duża to będzie część i jaki wpływ będzie to miało na
cały system finansowy. Można pocieszać się, że kredytów w
Polsce jest jeszcze relatywnie mało. Przeciętny Polak ma do spłaty
wielokrotnie mniejszy kredyt niż np. Brytyjczyk. Sęk w tym, że dynamika
kredytowania jest u nas ciągle bardzo wysoka, a banki nie wychodzą w
swoich strategiach poza inkasowanie prowizji. Trudne czasy, to tak
naprawdę rosnąca rola nadzoru finansowego i jeszcze raz to należałoby
powtórzyć – instytucji rynkowych. W
modernizowanych gospodarkach ważne są nastroje, ale życie od Euro do
Euro nie zastąpi zdrowego rozsądku. Jaka więc strategia na dziś?
Zachować spokój i minimalizować straty i ... przetrwać do
kolejnego odbicia.
Bogusław Półtorak
Główny Ekonomista Bankier.pl

ARTYKUŁY
Rachunek
kosztów procesów - przyczyny zainteresowania
rachunkiem abc
Centra
odpowiedzialności - podstawowe pojęcia
Polityka
asortymentowa - wykorzystanie narzędzia Marży Pokrycia
Kosztów
Planowanie
operacyjne i strategiczne
Controlling
- czyli business intelligence i hurtownie danch w służbie budżetowania
Outsourcing
informatyczny
Informacje o
nowych
artykułach bezpłatnie na Twój e-mail
|
| »zapisz
się« |
|